Może nam się wydawać, że przez całe życie wyznaczamy sobie jakieś granice. Jak ze wszystkim w życiu, zrozumienie tego, czym tak naprawdę są, przychodzi jednak znacznie później. I oczywiście u każdego ten proces wygląda zupełnie inaczej.
Dla mnie granice nie oznaczają jedynie mówienia „nie” innym ludziom. To również moment, w którym zaczynamy rozumieć, że mamy prawo postawić siebie na pierwszym miejscu. Nie z egoizmu, ale z potrzeby zadbania o własne siły, spokój i wewnętrzną równowagę.
Bo trudno nieustannie troszczyć się o innych, kiedy sami jesteśmy zmęczeni, zagubieni albo zwyczajnie mamy już za mało miejsca dla siebie. Dopiero kiedy nauczymy się zauważać własne potrzeby, łatwiej jest pomagać innym nie z poczucia obowiązku czy winy, ale dlatego, że naprawdę mamy czym się dzielić.
Może właśnie na tym polega jedna z najważniejszych granic :
na zrozumieniu, że nasze światło nie musi gasnąć po to, żeby komuś innemu było jaśniej.
Świadomość własnych granic może przynieść ulgę. Pomóc zrozumieć siebie, swoje decyzje i wybory. Czasem pozwala również łagodniej spojrzeć na własne błędy i wreszcie coś sobie odpuścić.
I wtedy być może przychodzi moment, w którym możemy powiedzieć: niczego nie żałuję. W końcu rozumiem. Jest mi dobrze tu, gdzie jestem, z tym, co przeżyłam i z drogą, która mnie tutaj doprowadziła.
Nie oznacza to, że nagle rozumiemy całe swoje życie. Ale może przynajmniej w tej jednej sprawie przestajemy kręcić się w kółko.
I chyba właśnie od tego chcę zacząć tę stronę. Od rzeczy, które po drodze zaczynam rozumieć trochę lepiej. Nie od gotowych odpowiedzi, ale od własnych obserwacji, doświadczeń i pytań. Od drogi, którą idę.
